Przepisane z "klasycznego" pamiętnika

marzec 2003




Okres godowy – 2 marca 2003

Nienawidzę wiosny! Wszędzie, gdzie się nie obrócę, widzę przystojnych facetów. Uch, ten okres godowy! Człowiek to jednak zwierzę! W piątek nawet flirtowałam z Radkiem. Tak, z Radkiem! Ja! Nie poznaję siebie! (Dobrze chociaż, że nie z Czarkiem. Ale chyba żadna ludzka siła nie zmusiłaby mnie do zainteresowania się tym wybrykiem natury!.) Cały dzisiejszy i wczorajszy dzień (sobota i niedziela) spędziłam w domu. Myślałam, że mi przejdzie, ale gdzie tam! Starałam się skupić na moim opowiadaniu („Let’s Make Her Cry” – fanfic o X-menach – dzieło mojego życia), ale wszędzie wplątuję wątki miłosne.






Lodowy egzamin – 4 marca 2003

Dziś był egzamin próbny. I cały dzień byłam Iselin. No, egzamin jak egzamin, nawet całkiem prosty (pisałam „humana”). Ubrana byłam następująco: cienka biała koszulka z krótkim rękawem, niemal przezroczysta czerwona bluzka, krótka spódniczka, cienkie rajstopy, półbuty (o bieliźnie nie wspomnę). Ponieważ test odbywał się na górnej sali gimnastycznej (gdzie jakiś geniusz wymyślił, żeby zabudować kaloryfery drewnem – doskonałym izolatorem cieplnym) miałam wrażenie, że zamarznę albo wypadną mi wszystkie zęby (od szczękania). No i w życiu byście nie zgadli, drodzy czytelnicy, kto bohatersko zdjął z własnych ramion żakiet i przykrył mnie nim – pani P.!!! Nie, żartuję oczywiście, to była G. Ale tak w ogóle, było mi niesamowicie miło dzisiaj. Zarobiłam od pani P. 3 uśmiechy, słownie TRZY. Ta dokładność dowodzi, że nadal się w niej kocham. No, czy to normalne – kochać się niezmiennie przez cztery lata w jednej osobie?? I to w nauczycielce, która notabene od trzech lat już mnie nie uczy??
Plus dwa uśmiechy od pani G, plus jeden nieszczery od Czarka. Czyli, jakby to ujął Makuszyński, w sumie trzy pocałunki!
Ależ ja jestem zboczona, no nie mogę!






Fanfic, żakiet i Apocalypse, czyli depresja – 5 marca 2003

Ja jestem naprawdę nienormalna! Musiałam mieć jakieś cholerne zaćmienie umysłowe, albo jestem (tfu!) obciążona genetycznie! Dałam Ewie K. do przeczytania „Not As Free As You Can See” (pierwsza część mojego opowiadania) razem z ilustracjami! I to nie koniec! Dałam jej też moje najdroższe, najukochańsze dzieło (nawet niedokończone) wraz z rysunkiem. Tak, pozwoliłam jej przeczytać „Let’s Make Her Cry”! Brzydzę się sobą! I nawet dołączyłam jej ten cholerny, pieprzony, porąbany, niezgodny z prawdą, niezgodny z logiką, niezgodny z nauką, zbałwaniony, zborsuczony, nadęty, głupi, chaotyczny, najbardziej pop***ony jak tylko można wstęp!!!
A ona razem z Luśką się z tego śmiały! I z moich opisów (musiałam je dodać, bo Ewa nawet nie wie, kim są X-meni) też! Starałam się, żeby były trochę dowcipne, bo co za przyjemność czytać co chwilę nudne wstawki?! One mają spaczoną hierarchię! A co je najbardziej rozśmieszyło? „O, w paszczę, moja głowa! – jęknęła (po angielsku-długo to ćwiczyła w samolocie)”. No i co w tym śmiesznego?! Iselin chciała wzbudzić sympatię, one nawet nie wiedzą, jak długo Isa wbijała to sobie w pamięć! Ciekawe, czy któraś z nich potrafiłaby napisać takie opowiadanie?! A na 100% żadna nie umiałaby tak narysować! Chociaż rysunki też spieprzyłam! W ogóle jestem nienormalna, jak widać.
I niesprawiedliwa. One przecież wcale nie chciały mi dokuczyć, to naprawdę fajne dziewczyny. To tylko ja się tak strasznie przejmuję (jak Iselin – punkt dla mnie ;-P). Od dzisiaj chyba kończę z pisaniem. A przynajmniej zawieszam je na czas nieokreślony.

Od wczoraj męczy mnie taka mała, głupia rzecz. Kiedy G. przykryła mnie swoją marynarką, to czy powinnam była zostawić to, tak jak było, czy wsunąć ręce w rękawy?
Widać, że dręczą mnie niezwykle ważne, egzystencjalne problemy.

A dzień się zaczął tak fajnie! Z początku nawet byłam Iselin. Ale Ewa z Luśką sprowadziły mnie na ziemię. Ale najgorsze jest to, że dopiero jutro (jak dobrze pójdzie) Ewa odda mi dyskietkę. (Powinnam była jej zostawić, głupia krowa, to nie!) Jestem niemal pewna, że to będzie temat dla następnych komentarzy. A jeszcze jutro na pierwszej lekcji mam poprawę z fizy! A w sobotę jadę do Pcimia Górnego na kurs przygotowawczy! I muszę wstać o szóstej! W sobotę! Co za życie! Aha, i jeszcze rozprawka na piątek, a na poniedziałek essay z anglika i klasówka z biologii!

-Jakiś czas później-
Teraz, cokolwiek robię, co chwilę przypominam sobie fragmenty mojego opowiadania i wyobrażam sobie (a wyobraźnię to mam bujną!), jak one musiały się z tego śmiać! Nie ma co, nieźle się wkopałam!

-Jeszcze później-
Odkryłam niezawodny sposób na wszystkie problemy! Teraz bez wstydu mogę myśleć o Iselin! Nie mam ani trochę żalu do Ewy i Luśki! A mój niezawodny sposób to... „Here comes the Apocalypse”!
Wiedziałam, że to jest wspaniałe, ale nie sądziłam, że aż tak...! Dzięki za to, że jesteś, najdroższy P_s_y_, autorze tego cudu literatury współczesnej!







Pamiętna sobota w szkole – 8 marca 2003

Kocham moją, mam nadzieję (odpukać!), przyszłą szkołę!! Plan zajęć na dzisiejszej części kursu przygotowawczego do egzaminu praktycznego do Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Pcimiu Górnym wyglądał następująco:
1.Rzeźba
Pierwszy raz w życiu miałam w rękach glinę. Za bardzo ją zmoczyłam i zamiast siedzącego człowieka wyszła mi bryła błota. Facet od rzeźby, zapomniałam jego nazwiska, naprawdę fajny. I brodę ma, znaczy – normalny ;-) (uwielbiam włochatych facetów). Podczas rzeźbienia rozmowa toczyła się na fascynujący temat bierzmowania, więc nie zabierałam głosu. Miałam ochotę wtrącić moje ukochane powiedzonko „Ja, dzięki bogu, jestem ateistką”, ale zabrakło mi odwagi. Poplamiłam się błotem na rękawach i z przodu.
2.Malarstwo
Fragment martwej natury umieścić na olbrzymim (jak dla mnie) arkuszu szarego papieru. Jak to zrobić? Hm..., no, jakoś się udało. Przy wydatnej pomocy faceta od malarstwa. (Jak on się nazywa...? S....? na marginesie-tak się nazywa jedyny przystojny chłopak w mojej klasie) Cholernie surowy, ale myślę, że naprawdę dobry. Nie wiedziałam, że trzeba było przynieść własne farby i tak dalej, ale nie było specjalnych problemów. Farby facet skądś wygrzebał, za paletę dostałam plastikowy talerz, a pędzel pożyczyłam od Agaty. (Na przerwie poznałam dwie takie jak ja – też były tu pierwszy raz – Anię i Agatę. Agata ma dziwnie niepasujące imię. Jak dla mnie, powinna być Emilią, Sylwią, albo przynajmniej Karoliną.) Kiedy malowałam, porównywałam to, co robili inni z tym, co sama robiłam i wychodziło mi to porównanie naprawdę korzystnie. Zjawia się facet. Zaraz mnie pochwali – myślę . A on jak nie zacznie mnie opieprzać! Wytknął mi wszystkie błędy (nawet nie wiedziałam, że tyle ich robię), co nie było zbyt przyjemne, ale w końcu za to mu płacą. (50zł za 5 godzin kursu – zdzierstwo w biały dzień!)
3.Rysunek
Tu niespodzianka – facet od rzeźby! I kolejna niespodzianka – POCHWALIŁ MNIE! Serio, pochwalił! Rzeczywiście, mnie samej podobało się to, co zrobiłam, szczególnie po tym, jak facet wymierzył mi proporcje i pokazał, jak cieniować ;-P. Na koniec mieliśmy podpisać nasze rysunki. Matko! Naprawdę nie wiedziałam, co robić. W końcu postawiłam na dyskretne imię i nazwisko w rogu kartki.

Ogólne wrażenia: super, chcę jeszcze raz!







Rozmyślania o radości i blogu – 12 marca 2003

Rany, jak ja szpanuję, to normalnie wierzyć się nie chce! Gdzie się podziała ta delikatna, wrażliwa Iselin?! Isa, wróć! Nie pozwól mi tak się chwalić wszystkim wokół!
Teraz wydaje mi się, że jak nie zdam tego egzaminu praktycznego, to chyba się powieszę (no, bez przesady!). Wydaje mi się również, że jestem niezbyt normalna. Kto inny na moim miejscu opowiadałby wszystkim, którzy chcą słuchać (lub udają z grzeczności) o PLSP? Iselin, ponawiam swoją gorącą prośbę!
Jaka ja jednak jestem głupia! Na razie wcale nie chcę być Iselin. Jestem tak niewyobrażalnie szczęśliwa, radosna i pewna siebie jak nigdy w życiu! I stało się coś, czego nigdy bym się nie spodziewała – ONI MNIE LUBIĄ! Ludzie z mojej klasy mnie lubią! A ja czuję się jak zakochana albo pijana (nigdy nie byłam pijana – co ja robiłam z czasem?! Muszę to dopisać na moją listę rzeczy do jak najszybszego wykonania ;-P) Na korytarzu pozdrawiam ludzi słowami „Witajcie, bracia i siostry, pokój z wami.” – to doskonale oddaje mój obecny stan ducha. Ludziska oglądają się za mną i stukają się w czoło, a ja... Przecież mnie to wcale nie obchodzi! Niebywałe! Czuję się wybrana, namaszczona, fruwam, unoszę się na różowej chmurce i kocham cały świat!
O ile wiem, Isa tego nie potrafi.

-Trochę później-
Jej, no, coraz bardziej mam ochotę na bloga. Nawet znalazłam sobie stronę „kurs bloga”. Do tej pory oszukiwałam się argumentem, że nikt mi nie pokaże, jak go zrobić, więc wyjdzie tak, jak z wizytówką. (A nawet gorzej – blog daje wszak więcej możliwości! czytaj: więcej możliwości sp***nia czegoś). Oto rozmowa, którą przeprowadziłam na ten temat z Iselin (łatwo się domyślić, kto co mówi):
– Jesteś porąbana! Chcesz, żeby wszyscy oglądali twoje wnętrze?! Jakaś ekshibicjonistka z ciebie, czy co?
– Myślę, że byłoby super, gdyby ludzie mogli przeczytać, co tutaj piszę. Chcę się dzielić radością z innymi!
– Po jakimś czasie ci przejdzie, wierz mi. A te komentarze i księgi gości? Spaliłabyś się ze wstydu, zanim byś się odważyła je przeczytać!
– Może da się to zlikwidować? Albo napisałabym, żeby się nie wpisywali. Wyobraź sobie coś takiego: „Kto tu kliknie, będzie potępiony na wieki” a tam: „[liczba] osób zostało potępionych na wieki – a ostrzegałam!”. A na komentarzach: „komentarzy [liczba] – i tak ma pozostać!”
– Przecież to ci się znudzi po kilku dniach!
– To akurat nie najlepszy argument. Jakoś dziwnie TEN pamiętnik nie znudził mi się do tej pory.
– Będziesz musiała uważać, co piszesz – każdy to przeczyta!
– Każdy, kto chce – zaznacz.
– No tak, każdy, kto chce. A myślisz, że nie będą chcieli? Nie doceniasz siebie! – serio, moi drodzy, to powiedziała Iselin – A Ania i Agata, że już nie wspomnę o Ewie i Luśce?
– Postaram się, żeby nie przeczytały. Albo czekaj, zrobię taki nagłówek: „Uroczyście oświadczam, że wszystkie osoby i zdarzenia opisane w tym blogu są wyssane z palca. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób i wydarzeń jest zupełnie przypadkowe”. Albo lepiej „Uroczyście i obłudnie...” – Jak Chmielewska w „Podejrzanych”. I wstawię tam nasze rysunki, i w ogóle...
– No to już nie wiem. Rób sobie, co chcesz.
A więc mam zgodę Isy.







Dzień totalnego załamania – 13 marca 2003

-na angliku - na kartce-
Jestem już tak bezmyślną, głupią, porąbaną idiotką, że wierzyć się nie chce! Pani B. (od chemii) namawiała Baśkę, żeby wzięła udział w konkursie ekologicznym. Siedziałam obok, więc zapytała: „Iza, a ty byś nie chciała?”. Na co ja wstrzeliłam taki oto tekst: „Nie mogę, przygotowuję się do egzaminu praktycznego do liceum plastycznego”. Ledwie to powiedziałam, zrozumiałam, jaką głupotę zrobiłam. Co ze mnie za idiotka! Normalnie nie poznaję siebie! I już od przeszło tygodnia nie byłam Iselin. Luśka mnie trochę pocieszyła. Kiedy opowiedziałam jej wszystko, odparła: „I bardzo dobrze. Na twoim miejscu jeszcze więcej bym się chwaliła ”. Uff! Ale z drugiej strony – Luśka jest zupełnie inna: sympatyczna i fajna, wszyscy ją lubią, a ja? Ja mogę najwyżej wzbudzić litość. Biedna, nieciekawa, nieładna dziewczyna, która raz wreszcie znalazła coś, czym może się pochwalić. Czuję się potwornie. A tak dawno nie miałam tego ohydnego kamienia w żołądku! (Pojawia się zawsze, kiedy strzelę coś głupiego.) Teraz wrócił – jeszcze cięższy niż zwykle.

-na polaku-
Wielki powrót Iselin – jeszcze bardziej nieszczęśliwej niż poprzednio, a czemu? CZEMU, DO K***Y NĘDZY!?! Przecież 40 pktów z próbnego testu to naprawdę dużo! Sama siebie nie rozumiem... Nie, naprawdę nie wiem, gdzie tkwi mój problem. Ale gdzieś tkwić musi. Bez powodu raczej nie połamałabym trzech kredek i zapasowej linijki, a na pewno nie podarłabym na malutkie kawałeczki starej klasówki znalezionej w plecaku (piątkowej), aż zwróciło to uwagę nauczycielki. Mało brakowało, a rozerwałabym moje śliczne korale z onyksu – ale zdjęłam je i kazałam Basi nie oddawać mi ich, aż się nie uspokoję. Może chodzi o to, że tak niedawno byłam pełna nadziei, pewna, że wszystko w życiu mi się uda, a tu zderzenie z rzeczywistością – takie głupie, porąbane błędy w rozprawce (nie ortograficzne oczywiście – tych już dawno nie robię). Zresztą, nawet nie wiem czyje to błędy. Najbardziej wkurza mnie właśnie ta rozprawka: „Czy warto poznawać dorobek naszych przodków?”. Pani N., która dziwnym zrządzeniem losu sprawdzała mój test, nie wiedziała, że licznik taksówkowy został wynaleziony przez Leonarda da Vinci – a został, widziałam to na Discovery! Przypadkiem znalazłam wczoraj w Focusie informację, że Mistrz Leonardo jest twórcą licznika kilometrów. (Wszyscy dostali swoje testy wczoraj – oprócz mnie, bo pani N. miała tak straszny problem!) Byłam pewna, że da się z tego jakoś zrobić ten licznik z rozprawki. Przyniosłam ten artykuł, żeby pokazać go N. (kazała mi udowodnić, ha!) i... nie został uwzględniony! I jeszcze jedna sprawa a propos rozprawki. Jedno ze zdań brzmiało mniej więcej tak: „Dzisiejsza sztuka jest owocem starań wielu dawnych artystów, którzy nie bali się szokować, np. impresjonistów, Chagalla.” I, proszę państwa, wyraz ”Chagalla” został przekreślony z adnotacją „to nie był impresjonista!”. No, tyle to ja wiem, droga pani N.! Wyobraźmy sobie, że napisałabym w tym zdaniu „...impresjonistów, Moneta”. Jestem absolutnie pewna, że przekreśliłaby „Moneta” z adnotacją „powt.”, albo coś takiego. Uch! Tak wkurzona jestem, że chyba się rozpłaczę. Kto mi pożyczy chusteczkę?

-na fizyce-
Lusia i Ewa są takie kochane! Luśka dostała 26 pktów, z czego za rozprawkę 5 (ja 13), a wcale się nie przejęła (w każdym razie nie okazała tego). Ona tak bardzo podniosła mnie na duchu! Zapewniała mnie, że jestem bardzo mądra i zdolna, że i tak wystaję ponad poziom klasy i takie tam. To wydaje mi się teraz żałosne, ale naprawdę potrzebowałam takich słów. Dobrze mieć miłe koleżanki, które potrafią wyciągnąć nawet z tak niewyobrażalnego doła, w jakim się dziś znalazłam. Nie byłam pewna prawie niczego. Nie byłam pewna, czy dożyję jutra, czy kogoś na świecie obchodzi taka porąbana Iza jak ja, czy zdam test gimnazjalny, ale że nie zdam egzaminu praktycznego, tego już byłam całkowicie pewna – przynajmniej jedna rzecz! W tej chwili pasuje mi piosenka „Sen o dolinie” (Znowu w życiu mi nie wyszło...).

-już w chałpie-
W-f to był pełny relaks dla moich skołatanych nerwów! Pani W. nie było. Zmieniłyśmy tylko koszulki i grałyśmy w siatkę. Teoretycznie. Puściłyśmy kasetę z magnetofonu i tańczyłyśmy sobie. Ja też tańczyłam. Zostawiłam gdzieś Isę i NAPRAWDĘ TAŃCZYŁAM. Ostatnio robiłam coś takiego ładnych parę lat temu. Nawet dowiedziałam się, że jestem niezła. Ja – JA tańczę NIEŹLE! Tak musiała się czuć Marianna z mojej ukochanej książki „Gosta Berling”! „Płomienne uczucia popłynęły swobodnie przez jej duszę, nie tamowane już lodowatym chłodem samokrytyki.” (Ha, ha, a dalej mamy zdanie „Toteż mimo oszpecenia wielu darzyło ją miłością swoją” ;-P)
Mam dziwne wrażenie, że Iselin przestaje być „tą lepszą”. Od niedawna rządzi mną Iza. Coraz bardziej oddalamy się od siebie z Isą. Ja mam teraz inne – chyba mogę tak powiedzieć – przyjaciółki. Gdyby miała być dzisiaj dyskoteka, poszłabym na nią. Strasznie się zmieniam ostatnio.

-później-
Odnoszę wrażenie, że jestem całkiem ładna (Nie ma tu pomyłki – to pisze Iza). Odczuwam przyjemność z rysowania swojego rzeczywistego (komiksowego) autoportretu. Zrobiłam naprawdę śliczny, rysunkowy nagłówek na bloga. Wreszcie zdecydowałam się go założyć. A tu – kurde, olek, jakby powiedziała Monika – trzeba mieć komórkę i wysłać SMS-a aktywacyjnego. Co ja teraz zrobię?


dopisek z maja 2004:
Najlepiej mostek, koleżanko!








„Wychowanie” na sztuce – 14 marca 2003

Rewelacja! Znalazłam wspólny język z kimś, po kim nigdy bym się tego nie spodziewała! Uwaga, uwaga... KUBA! Tak, moi drodzy, „głupi Kaszub” i ja lubimy te same piosenki. Nie da się z nim porozmawiać normalnie, ale widać da się inaczej... (Szkoda, że zadanej niedawno rozprawki nie pisałam na temat „Muzyka łagodzi obyczaje” ;-P)
Khem, khem, a więc... Siedzę na sztuce i się nudzę, a za mną siedzi Kaszub i podśpiewuje do walkmana. Co on tam śpiewa? „Wychowanie”?! No, to ja, dawaj, przyłączam się! Potem jeszcze „Kinga”, „Stokrotkę”, „Nie nie nie” i „Przyjacielu”. Ucichły wszystkie rozmowy (pani R. powinna nas błogosławić – nie pamiętam jeszcze, żeby kiedykolwiek na sztuce było tak cicho!) i wszyscy słuchali. Pod koniec lekcji dowiedziałam się (od Kaszuba – to pierwsze w moim życiu normalne słowa, jakie od niego usłyszałam – a znamy się prawie cztery lata!), że byłabym dobrą piosenkarką. Ludzie, trzymajcie mnie! Ja, antytalent muzyczny, ja, która mówię niemal basem – piosenkarką! Ale to wreszcie coś nowego ;-). Dotychczas wiedziałam jedynie, że mogę być sławną malarką, sławną aktorką lub sławną pisarką. Otwierają się przede mną nowe możliwości ;-P.
A jutro... jutro SOBOTA! Jadę wiadomo gdzie. Tak się boję! Nie wiem czego, ale cholernie się boję!







Kolejna pamiętna sobota – 15 marca 2003

Dzisiaj plan zajęć uległ niejakiej modyfikacji. Będę pisać chronologicznie, inaczej się pogubię. Tyle się dzisiaj wydarzyło! Ostrzegam, to będzie dłuuuga notka!
1.Przed.
Zapłaciłam od razu również za następną część kursu. Czyli nie mam odwrotu ;-). Już w sekretariacie spotkałam Anię. Stanęłyśmy na korytarzu i gadałyśmy czekając na Agatę. Biedna Ania! Mieszka tak daleko, że musi wstawać o 4.00. Brr! A Agaty się nie doczekałyśmy. W ogóle dzisiaj jej nie było.
2.Rysunek
Zmieniło nam się całe „gronko pedagogiczne”. Faceta od rysunku dostaliśmy tak oderwanego, że szok! To powiedział nasz facet od rysunku w ciągu zaledwie półtorej godziny:
– (zniecierpliwiony) Co wy takie partyzanckie ruchy wykonujecie? Ruszać się energiczniej!
– (niebotycznie zdziwiony) Jak to? Nie uczyliście się w szkole o perspektywie? To czego was tam uczą?
– (z przestrachem) No, co ty robisz z tą kulą, uważaj na nią!
– (do kolegi) Z takiej butelki to by ci się w życiu nie udało napić! Wszystko by wypłynęło bokiem! – a kolega na to – Co pan, życia nie zna? Nie z takich rzeczy się piło...
– (żywo zaciekawiony) To jak długo rysujemy? Pięć godzin?
– (jak wyżej) Wy darmowe te lekcje macie? Nie? Ile płacicie?
– (konspiracyjnie) Ja to właściwie jestem rzeźbiarzem, nie wiem czemu uczę was rysunku...
Pochwalił mnie za dobranie kompozycji i wymierzenie proporcji (no, ja myślę, cały tydzień to ćwiczyłam!), ale za to zrugał potwornie za cieniowanie (o tym to już nie pomyślałam...).
3.Przerwa
Poszłyśmy z Anią do kibla (to bardzo ważny punkt dnia ;-P). I tu zaskoczona byłam potwornie. Nie śmierdzi? Jest papier? Jest ciepła woda? Jest mydło? Jest lustro? No, raj! Potem siadłyśmy na jakichś blokach (glina? gips? marmur? a diabli wiedzą...), bo nogi bolały nas potężnie po półtorej godziny kiwania się w tył i w przód (według wskazówek faceta – ocena kompozycji czy inne draństwo...).
Zeżarłyśmy moje suchary (powchodziło jej pod aparat – biedna) i wypiłyśmy jej sok. A potem już był dzwonek i...
4.Rzeźba
Nowe, miłe urozmaicenie – dostaliśmy modela! A ściśle biorąc – modelkę. Bardzo się ucieszyła męska część naszej grupy... (Myślę, że byli rozczarowani, że to nie akt ;-)) Jeden z kolegów odwalił niewąski numer (szkoda, że nie wiem, jak ma na imię – ja ich niestety nie rozróżniam). Kiedy większość już kończyła, on miał jedynie ogólne zarysy postaci, a bardzo dokładnie wymodelowaną... klatkę piersiową.
Nie wierz nigdy kobiecie. Kobieta od rzeźby (nowa) mówiła: „Nie bójcie się używać noża do modelowania. Nie skaleczycie się na pewno”. Hmm... w moim cudownym dziele tkwić będzie już na wieki moja krew... Jak łatwo się domyślić, urżnęłam się w dłoń. W dwóch miejscach. Ale w zamian zostałam naprawdę nieźle pochwalona, więc w swej łaskawości wybaczam kobiecie ;-). A dowartościowana zostałam tak, że już bardziej chyba nie można, bo bym pękła z dumy. Podczas rzeźbienia zatrzymała się kobieta przy moim miejscu pracy, obróciła je, dokładnie się przyglądając i powiedziała coś w rodzaju „Widać, że dokładnie obserwujesz. Nawet jakby uchwyciłaś trochę charakteru”. Cha, cha, kto jest debeściak? Ja! Ja, która umiem uchwycić charakter rzeźbionej modelki! A drugi komplement był tuż po dzwonku. Pytam: „Proszę pani, rozwalić to?”, a ona „Nie... nie, zostaw”. Cha, cha, kto jest debeściak? Zawsze każą zostawiać tylko najlepsze prace! A Ania chyba miała dzisiaj zły dzień. Nie dość, że została zrugana na rysunku za używanie węgla (a nie ołówka), to jeszcze na rzeźbie tępiła ją kobieta niemiłosiernie.
5.Przerwa
Ania tak była śnięta, niewyspana i obolała, że aż było mi jej żal. Postanowiła więcej tu nie przyjeżdżać. (Chwilowy dół czy świadoma decyzja...?) Aż miałam sobie za złe, że jest mi tak miło i wesoło i że smakuje mi jabłko.
6.Malarstwo
Kocham kobietę od malarstwa! Taka M., tylko udoskonalona o znajomość sztuki. spaniale umie wytłumaczyć, co należy zrobić, żeby było dobrze. Bardzo się bałam, czy nie zacznie w pewnym momencie krzyczeć, ale było okay. Myślę, że do końca życia zapamiętam rady, które mi dała! To chyba synestetyczka. „Obraz musi dźwięczeć i pachnieć”, czy jakoś tak... „U mnie nie ma - nie można - można wszystko. Nie pozwalam tylko jeść, pić i palić.” „A kląć można?” – to ja zapytałam, ale chyba nie dosłyszała. Zresztą, może to dobrze ;-)? Ludzie, którzy lubią „X-men: Evolution” na pewno pamiętają tą scenę z „Walk On The Wild Side”, w której Jean uczy Amarę korzystania z mocy. Amarze się nie udało i mówi „Czyli wszystko sknociłam...”, a Jean ją pociesza „Co ty, wcale. Uczenie się na własnych błędach jest częścią naszego szkolenia. Musisz to tylko poprawić”. No, to właśnie podobna scena rozegrała się dzisiaj. W roli Amary – ja, w roli Jean – nauczycielka. Dowiedziałam się dwóch nowych rzeczy: jestem uzdolniona (no, to nic takiego całkiem nowego... ;-P) oraz, że jak na osobę, która drugi raz w życiu malowała pionowo (na sztalugach) zrobiłam całkiem ładny obraz.
7.Po
Doszłam do wniosku, że jestem wampirem wysysającym siły życiowe z niewinnych ofiar (czytaj: niewinnej ofiary). Jak wyjaśnić to, że na początku obie z Anią byłyśmy mniej więcej w podobnych humorach, a z czasem mój nastrój stopniowo się polepszał, a jej pogarszał, aż pod koniec doszedł niemal do dna? Ona miała w perspektywie 5(!) godzin drogi do domu (z czego dwie odczekane na dworcu), a ja niebacznie odezwałam się: „A, po grzyba będę zakładać kurtkę, skoro zaraz wsiądę do samochodu?”. To chyba było okrutne z mojej strony.

Przeżyłam całkiem fajne 5 godzin. Ale spoko, to jeszcze nie koniec! Po powrocie do domu zostałam zagoniona do sprzątania, bo o 18.00 przychodzą znajomi z upierdliwym synkiem Kubą (imię to dusza człowieka). Może mi ktoś powiedzieć, po co oni go zawsze przyprowadzają?! Że się nudzi sam w domu? To duży dzieciak, piąta klasa podstawówki, powinien się uczyć samodzielności! Ja na przykład nigdy się nie nudzę! No, dobra, w porządku, obejrzeliśmy „Kilerów 2-óch”. Szkoda, że mały nie zrozumiał mojej ulubionej kwestii „Ale ze mnie głupia nimfomanka!”. Potem porozmawialiśmy przez jakąś godzinę. Nareszcie znalazłam kogoś, kto chłonął jak gąbka moje opowieści o liceum i egzaminach praktycznych. (Wy też chłoniecie – nie macie innego wyjścia! Ale w waszych oczach nie mogę zobaczyć tego podziwu ;-P) Teraz mamy już godzinę 2.32, a ja jestem tak padnięta, że nie rozumiem, co piszę. Od 6.00 rano jestem na nogach i już mało co widzę. Dobranoc.







Narkotyki, seks i kacze jaja – 17 marca 2003

Basia poradziła mi, żeby pożyczyć komórkę od Adama i do niego wysłać tego SMS-a. I czemu ja sama na to nie wpadłam? Dzisiaj, z przyczyn zbyt skomplikowanych, żeby wam to wyjaśniać, były dwie informatyki. Przypominam, że informę, podobnie jak matmę prowadzi moja ulubiona pani M. No więc wchodzę na tą informę w charakterystycznym ostatnio dla mnie nastroju, a M: „Coś ty taka szczęśliwa? Na kursie byłaś?”. A tak, byłam, droga pani M., byłam! Dzisiaj to ja właściwie wcale nie miałam informy, bo razem z M., Radkiem i Luśką pisaliśmy przemówienie na Dzień Wagarowicza. Poryczałam się ze śmiechu! Chcecie też? A proszę bardzo! Jedno ze zdań przemówienia (zostało wykreślone, szkoda...) brzmiało tak: „Nad niektórymi z nas wisi widmo egzaminu gimnazjalnego, a potem ciężkiej harówki w liceum. Inni oczywiście rzucą się w wir narkotyków, niebezpiecznego seksu i kaczych jaj.” Jeden z naszych kolegów, Paweł, nosi urocze przezwisko „Kaczor”. Zanim napisaliśmy owo pamiętne zdanie, powiedział: „Po apelu zapraszam wszystkich do mnie na wino z porzeczek” (apel ma być na temat niebezpieczeństw czyhających na młodzież: narkotyki, alkohol itp.). Ja już zaczęłam się skręcać ze śmiechu. Pytają mnie o co chodzi, a ja zdołałam tylko wykrztusić: „kacze jagody...”. I już wszyscy się skręcaliśmy. Radek wycharczał: „kacze jaja...” i wszyscy łącznie z M. skręcaliśmy się jeszcze bardziej. Kiedy trochę ochłonęliśmy, ktoś powiedział: „Jak chcecie kacze jaja, to kogoś trza będzie wykastrować, wiecie, kogo...”, a potem M. do Kaczora: „Co tak siedzisz, jak kaczka na jajach?” i wtedy wszyscy już płakaliśmy.






Mój kochany ojciec – 18 marca 2003

Postanowiłam, że dzisiejszy dzień poświęcę tylko na naukę.Żadnego czytania i spacerów! Odrobiłam lekcje, napisałam opracowanie do pytań na klasówkę z WOS-u, posprzątałam pokój, potrenowałam rysowanie udrapowanej tkaniny, poćwiczyłam trochę pisanie bezwzrokowe (przerwałam po trzecim podejściu – potwornie mnie wkurza ten tekst: „Niestety, pisałaś za wolno, musisz powtórzyć lekcję. Naciśnij Esc”) i postanowiłam idąc za ciosem pouczyć się trochę angielskiego. Na ojca nie mogę liczyć – on prędzej zostanie zakonnicą niż mnie przygotuje do tego FCE! Ale może chociaż da mi podręcznik – widziałam, że ma taki specjalny, czerwony. Idę do pokoju i walę prosto z mostu: „Gdzie masz tą książkę, tą czerwoną, wiesz...?” „Którą?” „No, tą, z której miałam się uczyć do...” „Nie chciałaś jej.”. Ludzie, trzymajcie mnie! Czy ja kiedykolwiek mówiłam, że nie chcę tej książki?! Że nie chcę się uczyć?! NIGDY W ŻYCIU! CHYBABY MNIE POGIĘŁO! Najgorsze, że ojciec zawsze mnie onieśmiela. „Aha...” – powiedziałam i wyszłam. No, co ja zrobiłam źle?! Czy on już nie pamięta, jak w niedzielę zapewniał, że mi pomoże? Był po kilku piwach, fakt, ale czy te parę promilów jest w stanie odebrać człowiekowi świadomość? Chyba muszę poczekać do jutra, a jak go nie będzie, po prostu rąbnę mu ten podręcznik i przepiszę sobie. Bo FCE to ja muszę mieć!
Ja cholery dostanę z tym Adamem! Co do niego pójdę pożyczyć tą komórkę, to jego nie ma! Szlaja się gdzieś po nocach... (Może z Kaczorem poszli na wino? Z kaczych jagód... ;-P)







Jestem tchórz... – 19 marca 2003

Podjęłam męską decyzję – pójdę do pani R. i poproszę, żeby mnie przygotowała do egzaminu. W tym celu podeszłam na przerwie do... Moniki (to córka R., chodzi do mojej klasy) i zagaiłam ze sztucznym przejęciem (zawsze tak się zgrywamy z Monią): „Słuchaj, musimy poważnie porozmawiać. O twojej matce.” Monia zrobiła sztuczny wytrzeszcz. „Pytanie za 100 punktów: co studiowała twoja matka?” „A ja wiem?” „No dobra, to co ona ma wspólnego ze sztuką? Rysować potrafi?” „No.” „Malować potrafi?” „No.” „Rzeźbić potrafi?” „No. A co?” „Chcę, żeby mnie uczyła. Miło się gadało, do zobaczenia kiedyś tam”. Teraz, po wybadaniu gruntu, pozostało mi tylko złapać R. na przerwie i zwyczajnie porozmawiać. Kilka razy byłam już zdecydowana, nawet ruszyłam w jej kierunku, ale w końcu się nie odważyłam. Rany, czemu ja muszę być taka nieśmiała!? Przez swoją głupotę mogę jeszcze nie zdać! Postanowiłam JUŻ OSTATECZNIE porozmawiać z R. w piątek po sztuce.
Ojciec byłby ze mnie dumny! (Gdyby znał takie uczucie.) Dostałam 6, słownie – szóstkę za essay z anglika. Mogłabym mu powiedzieć wprost, ale on tylko wzruszy ramionami i powie: „A co mnie to obchodzi? Twoja szóstka”. Lepiej będzie powiedzieć mamie, a ona już się postara, żeby to do niego dotarło. W szkole okropnie mnie wkurzały teksty: „A, to na pewno tata jej napisał!” „Nic dziwnego, że dostała 6 – tata ją uczy”. On by mnie uczył?! Fałsz i propaganda! Odkąd zaczęłam chodzić do szkoły, nie ruszył palcem w kierunku mojej edukacji. Ostatnio, tak dla własnej przyjemności, tłumaczę komiksy o X-Menach. Chciałabym to wysłać na moją ulubioną stronę – xme, ale nie wiem, czy się odważę... ;-).







Nareszcie! – 19 marca 2003

No, wreszcie dorwałam Adama i wysłałam tego SMS-a. Co ja się przedtem nie natrzęsłam ze strachu! Jak to tak – pójść do chłopaka (obiektu uczuć większości dziewczyn w szkole – co one w nim widzą?) i tak po prostu pożyczyć telefon...! Ale w końcu mam (cha, cha!) własny blog! Umieszczę tu również poprzednie notki, z mojego zwyczajnego, komputerowego pamiętnika, (wyobrażałam sobie wtedy, że mam bloga ;-P) bo bez nich te dalsze nie miałyby sensu.
Muszę wyjaśnić parę rzeczy. Przede wszystkim, w moich notkach pojawia się tajemnicza Iselin/Isa. Któż to jest? Otóż... nie śmiejcie się... moja wymyślona przyjaciółka. Iselin jest ładniejsza niż Iza (ja) i ma zdecydowanie lepszy charakter. Mamy wiele wspólnego, ale zasadniczo to ona rządzi. Mówi mi, co mam robić, i jej rady są przeważnie właściwe. (Niektórzy taką Isę nazywają samokrytyką, ale ja wolę mieć do niej osobisty stosunek.) Oprócz tego imię Iselin nosi bohaterka mojego opowiadania. Zaczerpnęłam to imię z baaaaardzo dawno temu czytanej książki „Iselin i wilkołak”. Szukałam jej potem po całym mieście i Internecie, ale nigdzie nie znalazłam. Mój gorący apel: jeżeli ktoś z was wie cokolwiek o książce Hauger Thorstad Torrill „Iselin i wilkołak” – błagam o kontakt. Właściwie nie pamiętam, o czym była ta książka. Nawet nie wiem, czy występuje tam i czym jest Iselin. Po prostu bardzo podobało mi się brzmienie tego wyrazu i nazwałam tak mój ideał kobiecości.
Chcę zaznaczyć, że w ogóle nie rozumiem, dlaczego niektórzy tak uwielbiają otrzymywać wpisy do komentarzy i Ksiąg Gości. Mój blog służy do czytania, więc jeśli nie macie mi nic ciekawego do powiedzenia, to się raczej nie wpisujcie. A jeśli macie mi coś ciekawego do powiedzenia, to proszę napisać Emila. Gdybym wiedziała jak, to bym skasowała te komentarze i księgę, ale nie wiem jak. ;-) Ponadto, jak widać, mam upodobanie do długich i nudnych notek. ;-)







Zabawa – 20 marca 2003

Dzisiejszy dzień pozostawił po sobie jedno wszechogarniające wrażenie – pełny luz! Lekcji nie było prawie wcale – M. prowadziła „Kangura”, D. zachorowało dziecko, G. pozwoliła nam robić co chcieliśmy, W. na wuefie też. Teoretycznie na polaku pisaliśmy scenariusz do naszego przedstawienia na Dzień Wiosny, a na wuefie malowaliśmy dekoracje i robiliśmy próbę, ale wszyscy wiedzą jak to jest... Teraz trochę o przedstawieniu. Rolę główną powierzyliśmy Radkowi. Zagra on Jasia – małego chłopczyka wodzonego na pokuszenie przez diabła (w tej roli Adam) i odwodzonego od zła przez anioła. Posłańca niebios ma zagrać Michał K. „Kozioł” (to taka ironia – Koza to najbardziej rozrywkowy facet i czołowy palacz w mieście). Nie było go dziś w szkole, więc posłaliśmy po niego Radka. Wicia poszedł i wrócił, ale bez Kozła. Pytam go: „A gdzież to nasz aniołek?” „Leży w domu, najebany w trzy dupy” – brzmiała niezwykle wyczerpująca odpowiedź.






W kratkę? Ja? – 22 marca 2003

Dziś na kursie było strashnie przyjemnie. Tylko dowiedziałam się (o zgrozo!), że na egzaminie z rzeźby trzeba będzie lepić z wyobraźni. O, ludzie! Nic, tylko kupić dwa kilo gliny i ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć! To teraz małe sprawozdanko... Pierwszą lekcją dzisiaj była właśnie ta znienawidzona rzeźba. Ale spoko, nie było tak źle. Facet (nowy) zwracał się do nas: „drodzy państwo”. Przez jakiś czas robiłam za modela. (Nauczyciel chciał złapać kogoś z korytarza, ale ludzie są wyćwiczeni – na dźwięk otwieranych drzwi od pracowni wszyscy uciekają gdzie pieprz rośnie!) Następnie malarstwo z ukochaną panią K. Jak zwykle – dla każdego coś miłego, „tu popraw, tu bardzo ładnie”. Trochę zmienił się sposób, w jaki myślę o sobie. Byłam pewna, że jestem osobą, której nauczycielom nie uda się zapomnieć (dotąd zawsze tak było). A tu – proszę – „dziewczynka w kratkę, jak masz na imię?”.Udało mi się zawrzeć bliższą znajomość z kolegami, szczególnie z jednym... Gdyby dał mi trochę czasu, z pewnością bym się zakochała. No i na koniec – rysunek. Facet nam się trafił w porządku (to był ten, co na pierwszym kursie miał z nami malarstwo), pozwolił siedzieć, rozmawiać i jeść, a sam umościł się w kącie z kawą i jakąś starszą dziewczyną i opowiadali sobie dowcipy, po czym wybuchali śmiechem na całą salę. (Pewnie były świńskie, bo opowiadali sobie na ucho). Ania i Agata były dzisiaj obie – Ania chyba zmieniła zdanie...






28 marca 2003

Rany, jak dawno nic tu nie napisałam! To do mnie niepodobne! Ale to dlatego, że miałam od cholery spraw na głowie (kiedy chciałam je wszystkie spisać i uporządkować, wyszły dwie strony zeszytowe – drobnym maczkiem!).
Naszej pani G. chyba sufit spadł na głowę i coś się poprzestawiało. Na lepsze! Postanowiła zorganizować wycieczkę szkolną do Warszawy. (Jednodniową wprawdzie, ale jak na G. to i tak duże osiągnięcie!) W planie: zwiedzanie telewizji, moczenie tyłków w parku wodnym, spacer po Starym Mieście i obejrzenie Co-Tam-Akurat-Będzie w Teatrze Narodowym. Zazdrościcie, co? Prawdę mówiąc, nie ma czego. Płaczcie ze mną, ludzie, bo wycieczka 26 maja, a egzaminy praktyczne 26, 27 i 28. Maja. W Dzień Matki. To już permanentna złośliwość losu. A tak chciałam poprosić wszystkich w klasie, żeby trzymali za mnie kciuki. W szkole tylko bym się im przysłużyła: „Proszę pani, niestety nie możemy nic pisać, bo obiecaliśmy Izie trzymać za nią kciuki”. A na wycieczce – kto będzie sobie zawracał głowę głupotami!
Ostatnio pracuję nad dziełem mojego życia. Zmieniłam koncepcję – to będzie komiks, nie opowiadanie. Napisałam scenariusz (w zeszycie do polskiego), teraz tworzę projekt (z tyłu zeszytu od matmy – mam nadzieję, że M. nie zachce się sprawdzać zeszytów! Miałaby niezłą lekturę! Odpukać!). Dzieło, tradycyjnie, traktuje o tym, jak to Iselin dostała się do X-Men. Postanowiłam umieścić je w sieci, jak skończę. (Śmiechu warte, akurat się odważę...)







Dostałam witamin – 30 marca 2003

„Sukces jest jak witamina. Dzieci nie mogą rosnąć, gdy są go pozbawione.” – Napisano w najnowszym numerze Reader’s Digest.
Okazuje się, że to działa także na piętnastolatki. A jak tak dalej pójdzie, umrę z przewitaminizowania! Ciekawa jestem, jaki to mądry człowiek wymyślił kursy przygotowawcze. Chciałabym mu gorąco podziękować. Tak, ojciec, ty nigdy we mnie nie wierzyłeś, nigdy nie usłyszałam z twoich ust słowa pochwały. Wstydź się, człowieku.
Pomijając pomniejsze „pochwałki” w rodzaju: „No, coraz lepiej, robisz postępy”, trzy najpiękniejsze rzeczy, jakie wczoraj usłyszałam to: (na rzeźbie, temat był „kapela”) „Jak tak się przyjrzeć z boku, to twoje postaci są całkiem dobre. Naprawdę słychać, jak grają i śpiewają”, a pod koniec: „Zostaw to, nie niszcz” ;-). A ta trzecia brzmiała: „Parę niedociągnięć jest... Ale przez cztery lata cię nauczymy...”. Uaau, czyżbym już była przyjęta? :-D
Ale osiągam sukcesy nie tylko na tym jednym polu... Jak myślicie, kto żartował ze mną przez całą lekcję malarstwa, a na rysunku ustawił swoją sztalugę blisko mojej? Andrzej, Andrzejek, Jędrek! I... naprawdę... choć sama nie mogę w to uwierzyć... JESTEM ZAKOCHANA! Cudowne uczucie!